#Co było, co jest. O historii i współczesności

Co się (nie) stało 15 sierpnia, czyli o alternatywnych rzeczywistościach

 Cóż to jest prawda?… Poncjusz Piłat, ok. 30 n.e.

Jak karykaturalnie zwykły, bezmyślny pęd może wypaczyć obraz rzeczywistości – dowiadujemy się codziennie.

Dość przełączyć dwie różne stacje telewizyjne, by zobaczyć dwa różne światy, które dziwnym zrządzeniem losu są w rzeczywistości tylko jednym i to żadnym z nich.

Dość też przebijać się w tej kpinie z nauki, którą niejednokrotnie staje się nauka polska przez gąszcz wzajemnych cytowań, odkrywając w końcu, że raz wypowiedzianą bzdurę powtórzono tyle razy, iż kolejni „naukowcy” zadowalają się bezmyślnym powtarzaniem utartego twierdzenia, mimo że rzeczywistość za oknem bezskutecznie próbuje dobić się do ich zamkniętych… gabinetów. Przy czym normalni ludzie sprzed telewizora nie reagują specjalnie inaczej niż wspomniani „naukowcy”.

Takie zjawisko nosi nazwę schizofrenii. Dla ludzi znających prawdziwy stan rzeczy jest ono tym bardziej szokujące, im wypaczony obraz jest powszechniejszy i im bardziej jest odległy od rzeczywistości. Taki przypadek stanowi wojna 1920 roku, a w niej – Bitwa Warszawska.

Zbiór bezwiednie i bezmyślnie powtarzanych wypaczeń jest olbrzymi. Można tylko, dla skłonienia do choćby 10 minut refleksji w ciągu pełnego zajęć dnia, podać kilka co bardziej „soczystych” przykładów.

Pierwszy – to powtarzanie twierdzenia Edgara d’Abernona o „18 decydującej bitwie”, alternatywnie endeckiej, niestety świadomej manipulacji o „Cudzie nad Wisłą”. Buduje to obraz Bitwy Warszawskiej jako jednego, spektakularnego wydarzenia, które odmieniło losy świata. Korzystając ze skrótów myślowych – należy bardzo uważać, by nie przekroczyć tego, co „autor miał na myśli” je tworząc. Najpierw trzeba jednak ukazać skalę zbudowanej na tych hasłach fikcji.

Drugi – to powtarzanie samousprawiedliwiania się sowieckich aparatczików, że przyczyną porażki była w większości (lub wręcz: jedynie) niesubordynacja Tuchaczewskiego i Budiennego wobec siebie, na którą „przypadkiem” nałożyły się polskie operacje.

Bitwa Warszawska była jednym z elementów wywołanej przez Sowiety wojny. Jako taka nie była wyizolowanym zdarzeniem: walki toczyły się przez większość 1920 roku i na zdecydowanie większym niż Mazowiecki i Podlaski OO obszarze. Głównym determinantem działań było bagniste, niedostępne Polesie dzielące obszar walk w poprzek na Białoruski i Ukraiński TDW, odpowiednio: polskie fronty Północny i Południowy oraz sowieckie Zachodni i Południowo-Zachodni. Polskim „pomysłem” na wojnę 1920 roku było trzymanie linii komunikacyjnych północ-południe przez Polesie i przerzucanie większości sił raz na jeden, raz na drugi teatr, by bić w ten sposób dwa izolowane ugrupowania npla i by nie musieć stawiać im czoła jednocześnie. Przy mniejszym potencjale ze strony polskiej było to racjonalne rozwiązanie. Kontruderzenie znad Wieprza było prostą konsekwencją takich założeń.

W czerwcu i lipcu 1920 roku, po złamaniu frontu jednocześnie na obu obszarach działań, polski wysiłek koncentrował się na „skończeniu z Budionnym”, tj. wyeliminowaniu jednego z nich przy korzystaniu z „zapasu” terenu i opóźnianiu postępów sowieckich na drugim. Stąd obecność Naczelnego Wodza na teatrze południowym i zaniedbywanie walk na północy – co zresztą sam sobie potem zarzucał, stąd też stwierdzenia na Radzie Obrony Państwa, że „nie zatrzymałem nieprzyjaciela na Styrze, to zatrzymam na Bugu”.

Poprzednikiem Bitwy Warszawskiej była bitwa pod Brodami. Kolejną operacją: Bitwa Zamojska. Obie dotyczyły południowego obszaru działań, a bez żadnej z tych trzech kolejna nie mogłaby się odbyć. Bitwa pod Brodami była kolejną po nierozstrzygniętych bitwach pod Korosteniem i Równem próbą wyeliminowania z gry sowieckiego Frontu Południowo-Zachodniego, ze swoim „kołem zamachowym” w postaci 1 Armii Konnej – który oceniano jako słabsze ogniwo. Doprowadziła do pokonania sił Budionnego w operacji okrążającej kilkadziesiąt km od Lwowa. Pierwotnie planowano po tej akcji przerzucenie większości sił na północ, pod Brześć i atak na siły Frontu Zachodniego dokładnie taki, jaki odbył się wokół Warszawy, tylko o wiele bardziej na wschód. Postępy sił sowieckich na północy, a przede wszystkim upadek Brześcia przed czasem, na jaki szacowano obronę zmusił do przerwania będącej „na finiszu” akcji pod Brodami: wysuniętymi za bardzo na wschód. Zwlekano nawet przez kilka dni z przerwaniem tamtej bitwy, licząc na odbicie Brześcia „z marszu” przez zwolnione z południowego obszaru siły, jednak obawa przed rezerwami mogącymi znajdować się na Białorusi (a więc na linii ew. ataku) wstrzymała realizację tych planów. Gdy zaś (kilka dni później) okazało się, ku zaskoczeniu polskiego dowództwa, że żadnych rezerw Tuchaczewski nie ma – było za późno na pierwotną koncepcję. Zdecydowano się więc na przeniesienie wojny nad Wisłę i powtórzenie tamtego zamysłu, tyle że bardziej na zachód.

Budionny odszedł na wschód, na Sławutę przegrupować pokonane dywizje, dając naszym wojskom niezbędny czas. Oblicza się, że nawet gdyby ruszył stamtąd na Lublin, nie na Lwów – nie zdążyłby i tak (a on na Lwów poszedł, o czym będzie mowa). Czas ten posłużył do pokonania izolowanej „północy” wokół Warszawy. Następnie zaś, z wolnymi rękami, „zajęto się”, na przełomie sierpnia i września, Budionnym, który w międzyczasie posłuchał się rozkazów i dowlókł spod Lwowa nad Bug w rejonie Zamościa.

Było to możliwe dlatego, że całą bariera Polesia oddzielała wojska sowieckie, a na zachód, po polskiej stronie – już nie istniała. Można było, czasowo wyłączywszy „południe”, swobodnie „przykładać” raz jednej, raz drugiej grupie.

W tym czasie Sowieci przystąpili do gorączkowej odbudowy frontu na północy, sprowadzając z kraju co tylko było dostępne. Po ostatecznej eliminacji ich sił na południu nastąpiła, wskutek polskiego ataku wyprzedzającego 2 połowie września, Bitwa nad Niemnem – i to ona dopiero zakończyła wojnę.

Jak zaś było z „przypadkowością” i konfliktem wewnątrz sowieckiego dowództwa? Nie wnikam tu w konflikt „grupy carycyńskiej” (Stalin) z „trockistami” o to, który kierunek (Lwów-Budapeszt czy Warszawa-Berlin) będzie preferowany i czyje sukcesy większe – i w podgrzewanie przez Lenina obu stron w myśl zasady divide et impera. Polskie czynniki decyzyjne nie miały o tym pojęcia, bo i skąd. Miały natomiast pełne rozeznanie w „wykonawczym” etapie tego konfliktu.

W I połowie 1919 roku postępowała organizacja wywiadu odtwarzanego państwa. Prócz konspiracji POW stworzyli go głównie oficerowie wywiadu austro-węgierskiego, gdzie przed I Wojną, ze względu na lżejszą sytuację zaboru austriackiego, mogli swobodnie robić karierę we wszystkich strukturach Monarchii. Austro-Węgry dysponowały wtedy jedną z najlepszych służb kryptologicznych świata, a w nich znajdowali się także i polscy oficerowie. Analogiczną działalność zorganizowano w 1919 roku w polskim wywiadzie, dobierając późniejszego płk. Kowalewskiego z b. armii rosyjskiej jako głównego kryptologa na tym kierunku – jego zaś innowacją było zatrudnienie matematyków, którzy ochotniczo zgłosili się do wojska zgodnie z ich „zawodem”. Taki był początek sukcesów lingwistyczno-matematycznej „polskiej szkoły kryptologicznej”, która zaowocowała złamaniem „Enigmy” 10 lat później.

Nie trzeba dodawać, że złamawszy szyfry m. in. sowieckie i przy pełnej nieświadomości przeciwnika polskie dowództwo miało pełny wgląd w jego rozkazodawstwo. Z napięciem obserwowano więc „serial”, w którym XII Armia i „Konarmia” Budiennego przechodziły pod komendę Tuchaczewskiego (Front Zachodni), ten najpierw udawał, że nie rozumie rozkazu, potem żądał potwierdzenia, potem tłumaczył, że nie może już ruszyć się spod Lwowa, potem…

Potem sztab polski nieustannie monitował „czarny gabinet”, „czy Budionny już ruszył [spod Lwowa]” (tj. posłuchał rozkazu) czy jeszcze nie. Potem polskie wojsko weszło w „dziurę” operacyjną pozostałą po Polesiu.

A potem był ten „Cud”…

 

Jędrzej Pliszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

error: Jeśli jesteś zainteresowany/a naszym tekstem lub zdjęciem odezwij się pod email: duchwschodu@gmail.com