#Co było, co jest O historii i współczesności

Ciągłość i brak ciągłości. Rozważania historiozoficzne

Adhemar Esmein, francuski prawnik z okresu fin de siecle komentując XIX-wieczne dzieje Francji wyraził uwagę, że mimo wielu kolejnych „rewolucji” substancja organizacyjna państwa trudno poddawała się zmianom co pozwala rozpatrywać państwo francuskie jako jeden ciąg, niezależnie od kolejnych Bonapartych czy Ludwików Filipów zmieniających się u władzy. Przypomina to trochę budowanie w starożytnej Mezopotamii nowych świątyni na ruinach tych niemożliwych już do zreperowania. Przez setki lat znacznie podwyższało to ich wysokość, tworząc słynne zigguraty. Uwagę Esmeina można odnieść do niemal wszystkich krajów, w których następują mniej lub bardziej radykalne zmiany polityczne, acz bez naruszenia istnienia czynnika spajającego ludzi na tym samym terytorium.

Można zobaczyć tę prawidłowość na przykład w kolejnych transformacjach XX-wiecznych Niemiec i w końcu przejściu między III Rzeszą a NRD/RFN z niezbyt dokładnie przeprowadzoną denazyfikacją, zaś w trochę innym wydaniu w sowieckiej Rosji, gdzie wielu pracowników dawnej Ochrany, a nawet wojskowych wcale nie straciło zatrudnienia, ani gruntu pod nogami. Szerzej można mówić o „przesiąkaniu” utartej mentalności do nowo tworzonych rzeczywistości – komuna w Rosji wyglądała inaczej niż w Polsce i jeszcze inaczej niż w Chinach czy Korei. Z przekształceń politycznych, nawet tych głębszych wychodzi nie tyle stan zamierzony przez „rewolucję”, ale raczej modyfikacja w zetknięciu ze stanem dotychczasowym, a mówiąc przytaczaną tym częściej, im mniej się ją przemyśli sekwencją Hegla: teza, antyteza i synteza. Przynajmniej dopóki operuje się na społeczeństwie żywym, nie wymordowanym… Józef Stalin stojący po przeciwnej, bo „rewolucyjnej” stronie barykady wyraził tę zależność w słynnym stwierdzeniu, że o wszystkim decydują kadry: te „świadome rewolucyjnie” i nieskażone „burżuazyjnym” myśleniem lepiej będą wykonywały założenia przekształceń. Mówiąc inaczej, ludzie bez powiązań ze środowiskiem, w którym działają oraz myślący innym „językiem”, „wrzuceni” z zewnątrz doprowadzą do dalej idących zmian. Czasem dosłownie, jak „zaporowe” oddziały chińskie – mające rozkaz i barierę językową – strzelające w plecy do cofających się żołnierzy w rosyjskiej wojnie domowej. Jest to dobry wstęp do rozważań wokół Konstytucji 3 Maja, której rocznicę obchodziliśmy kilka dni temu.

Dlaczego? Polska przeżyła dwukrotne przerwanie ciągłości instytucji państwowych: w 1795 roku i w latach II Wojny Światowej. Konstytucję majową – i szerzej, wydarzenia oraz spory jej towarzyszące – uznaje się za „ostatni błysk” odchodzącego okresu dawnej Polski, próbę dostosowania jej dorobku do zmieniających się realiów. Staje się więc punktem odniesienia dla tego wszystkiego co po niej nastąpiło. Drugi raz ciągłość instytucjonalna została zerwana pod koniec II Wojny Światowej, wraz z pojawieniem się w kraju rządu moskiewsko-lubelskiego. Ciekawe, że w najnowszej historii Polski można znaleźć wszystkie trzy przedstawione schematy. Po 1795 utracono wprawdzie esmeinowską ciągłość instytucjonalną, ale mimo dość konsekwentnej polityki zaborców, którą można określić jako próbę „rewolucyjnej” interwencji na ziemiach polskich, nie udało się zrobić z nich terytoriów trzech imperiów. Było to jednak wystarczające przekształcenie, by u końca tych oddziaływań (1914) „teza” Pierwszej Rzeczypospolitej stała się już „syntezą”, na której budowano to, co powstało w dawnych jej granicach po I Wojnie. Ślad instytucjonalny można dostrzec w budujących się strukturach państwowych II RP, spajanych z kadr austriackich, rosyjskich i trochę niemieckich. Zupełnie inaczej stało się za drugim razem. W 1944 roku zerwano nie tylko ciągłość instytucjonalną, ale i – zgodnie z logiką Stalina – próbowano zerwać ciągłość społeczną, do tej pory w takim stopniu nieatakowaną.

Nastąpiła epoka „spadochroniarzy” z ZSRR (późniejsza frakcja „Żydów”) oraz tzw. „pryszczatych”, „zdrowej tkanki społecznej” z awansu, z głębokich nizin (późniejsza frakcja „Chamów”). O tych ostatnich chodziły po Warszawie legendy, że zamieszkawszy w świeżo ukończonym MDM-ie hodowali świnie w wannach (no cóż, gdzieś się podziać musiały). Ludzie ci zawdzięczali wszystko PRL-owi, a jednocześnie byli najbardziej jak się dało wyobcowani ze społeczeństwa, którym przyszło im rządzić. Świetnie nadawali się do realizacji ducha porozumień jałtańskich. Jednocześnie pozbawiano wpływu na społeczeństwo wszystkich, którzy dotychczas brali udział w jego życiu i kształtowaniu. Na nowym „naborze” oparte zostały struktury powstającego państwa komunistycznego, ale mimo starań udało się za ich pomocą „jedynie” zmiażdżyć żywą tkankę społeczną, nie udało się zaś społeczeństwa opanować – znowu więc wyszła „synteza”, którą najlepiej widać na ziemiach zachodnich i innych, gdzie nastąpiło przemieszanie ludności. Polska roku 1791, 1939 i 2018 to trzy różne kraje, których ciągłość została bardziej zachowana jedynie w zbiorowej pamięci, a podobieństwo w podświadomie przekazywanych sposobach odczuwania i myślenia, na co dzień rzadko zauważanych. A czy i jakie zerwanie ciągłości nastąpiło w 1989 roku? Na to, za Esmeinem, najlepiej odpowiedzieć sobie samemu…

Jędrzej Stanisław Pliszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

error: Jeśli jesteś zainteresowany/a naszym tekstem lub zdjęciem odezwij się pod email: duchwschodu@gmail.com