#Co było, co jest: O historii i współczesności

Z wąsami byłoby lepiej… Rzecz o Marszałku Dwóch Narodów

– Z wąsami było jednak lepiej Panu Marszałkowi… – tak podobno aktor Ludwik Solski miał w latach ‘50 odpowiedzieć ministrowi obrony, marszałkowi PRL i ZSRR Konstantemu Rokossowskiemu. „Marszałek Dwóch Narodów” jest postacią słusznie znienawidzoną jako „twarz” sowietyzacji LWP i samej Polski oraz chodzący symbol sowieckiej okupacji. Niesłusznie jednak jest postacią zapomnianą, a ocena samego Rokossowskiego przez pryzmat roli, którą odgrywał w tamtych latach jako (mimo wszystko wierny) trybik systemu to ocena niesprawiedliwa i krzywdząca dla niego jako osoby. Z pewnością zasługuje, żeby ktoś pewnego dnia przywrócił mu należne, choć inne niż za „czasów słusznie minionych”, miejsce w historii Polski.

Urodził się w Warszawie na przełomie wieków, z matki Rosjanki, nauczycielki z Pińska i ojca, Ksawerego, inspektora kolei warszawsko-wiedeńskiej. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej z Wielkopolski. Pradziad przyszłego marszałka był porucznikiem jazdy w armii Księstwa Warszawskiego, dziadek – powstańcem styczniowym więzionym w cytadeli warszawskiej. Był wychowywany raczej jako Polak niż Rosjanin. Wcześnie osierocony nie miał środków, by kontynuować naukę w Szkole Kupieckiej w Warszawie. Brał udział w manifestacjach robotniczych, za co był więziony na Pawiaku. Tuż przed wojną terminował w zakładzie kamieniarskim u jednego z dalszych członków rodziny, podobno wykuwał tam niektóre części obecnego Mostu Poniatowskiego. W 1914 roku wraz z kuzynem znaleźli się w carskiej armii, w 1918 z częścią pułku wstąpił do Armii Czerwonej. Odznaczył się na frontach wojny światowej i domowej, gdzie walczył głównie na Syberii. W okresie międzywojennym robił karierę wojskową w Rosji bolszewickiej przerwaną aresztowaniem w 1937 roku, torturowany, przetrzymywany w obozie przeżył i został uwolniony w 1940 roku na fali amnestii dla wojskowych przed planowanym sowieckim atakiem na Niemcy. Jeden z najlepszych i najsłynniejszych dowódców II Wojny Światowej, wsławił się szczególnie przeprowadzoną z własnej inicjatywy, wbrew woli Stalina operacją „Bagration”, która otworzyła Armii Czerwonej drogę do Europy Środkowej. Znany z troski o podwładnych, pryncypialności także wobec siebie – czym różnił się od „standardu” Czerwonej Armii – oraz prowadzenia wojny na sposób „europejski”, z ograniczaniem strat ludzkich. Mówi się o nim jako o jedynym dowódcy sowieckim, który umiałby dowodzić na frontach zachodnich. Po wojnie dowódca Północnej Grupy Wojsk Radzieckich (armii okupacyjnej w Polsce), minister obrony i wicepremier PRL, jeden z odpowiedzialnych za rozlew krwi w czerwcu 1956 roku. Odwołany ze wszystkich stanowisk na żądanie Gomułki, wyjechał do ZSRR, gdzie do końca życia pełnił ważne funkcje wojskowe. Tyle z formalności, lecz zadając za jego biografem, W. Białkowskim, ciągle wracające pytanie – na ile Polak?

Pochodził z rodziny niewątpliwie polskiej i to ona miała przeważający wpływ na jego wychowanie i identyfikację narodową. Po polsku, wbrew utartemu stereotypowi, mówił bardzo dobrze i w zasadzie bez akcentu (można odsłuchać na YT jakieś przemówienie z „okresu błędów i wypaczeń”). Nieźle znał literaturę polską, polskie książki i gazety (nawet emigracyjne) czytał do końca życia, podobno wymógł wręcz na PRL-owskim ministerstwie edukacji podstawowy kanon polskich lektur. Siostra jego, Helena, była katoliczką i do końca życia (1982) mieszkała w Warszawie. Jego córka i dalsi potomkowie ochrzcili się pod koniec ZSRR w wierze katolickiej, a wnuk, radziecki pułkownik łączności, zabiegał wręcz o odzyskanie polskiego kościoła w Moskwie. O czymś to świadczy.

W 1914 roku Rokossowski wraz z kuzynem Franciszkiem walczyli w rosyjskiej dywizji kawalerii m.in. przeciw Legionom Polskim, tej samej dywizji, z której zdezerterował na stronę polską kapitan (późniejszy generał) Orlicz-Dreszer. W 1918 roku w chaosie rosyjskiej rewolucji było tworzonych wiele jednostek polskich. Ludzie przedzierali się do kraju nawet z tak odległych miejsc jak Władywostok czy Harbin. Franciszek Rokossowski wrócił do Polski poprzez I Korpus Dowbora-Muśnickiego, był potem oficerem policji. Konstanty wybrał Armię Czerwoną. Dlaczego? Na pewno trudno porównywać go do zsowietyzowanych oficerów takich jak Karol Świerczewski walczący przeciw Polsce w 1920 roku, którego trudno jest nazywać Polakiem. Daleko też mu do internacjonalistycznej SDKPiL, Róży Luksemburg czy Wandy Wasilewskiej. Prędzej można szukać podobieństw do posła na Sejm Ustawodawczy lat 1919-22, Tomasza Dąbala, czy nawet Feliksa Dzierżyńskiego, jednych z twórców autonomicznych obwodów polskich za „kordonem” ryskim (krwawo zlikwidowanych przez Stalina w ‘37 roku) – ludzi, których można określić jako sowieckich Polaków, z jednej strony będących komunistami, z drugiej starających się w tym komunizmie przechować jakąś polskość i tożsamość. Był ofiarą terroru sowieckiego i pośrednią ofiarą „operacji polskiej” z II połowy lat ‘30: połamano mu żebra, wybito zęby, miażdżono palce u nóg. „Trzymał się” na śledztwie. Do końca życia nosił przy sobie pistolet zarzekając się, że drugi raz żywcem wziąć się nie da. Z drugiej strony pozostał do końca wierny Sowietom, odnajdywał się jakoś w roli trybika diabelskiej machiny. Z trzeciej – podporządkowując się mimo wszystko rozkazom, miał własne zdanie: w 1944 roku na naradzie sztabowej potrafił powiedzieć Stalinowi, że ma lepszy plan rozgromienia wojsk niemieckich pod Mińskiem i jak tow. Stalin się z nim nie zgadza, to może zamknąć go na powrót do łagru.

Został parę razy upokorzony przez Stalina i nie mam tu na myśli znanej kwestii oddania Berlina Żukowowi (który, nawiasem mówiąc, był dowódcą bezwzględnym, ale niezbyt lotnym co wykazał choćby w operacji berlińskiej). W sierpniu 1944 roku przedstawili z Żukowem plan zajęcia Warszawy z marszu, który Stalin odrzucił. Rokossowski musiał biernie przyglądać się tragedii miasta, w którym była m.in. jego siostra, Helena. Było to także udziałem Polaków z obsadzającej brzeg praski 1 AWP. Posunięto się do takich świństw jak zachęcanie do powstania w lipcu ‘44, a następnie zakaz lądowania dla alianckich samolotów ze zrzutami zaopatrzenia czy pozbawienie Warszawy osłony powietrznej, przez co wydano ją na łup niemieckich bombowców. Próby skontaktowania się z polskimi władzami na własną rękę, jakie podejmował dowódca 1 Frontu Białoruskiego spełzły na niczym, a do tego zaogniły relację na linii Rokossowski-Stalin. Dowództwo Powstania chciało rozmawiać bezpośrednio z władzami politycznymi ZSRR jak „równy z równym”, pomne zresztą doświadczeń z operacji „Ostra Brama” w Wilnie. Rokossowski wbrew sobie spełnił rolę trybika.

Drugi raz upokorzono go, gdy do funkcji dowódcy Północnej Grupy Wojsk „dołożono” mu z początkiem lat ‘50 marszałka Polski, szefa PRL-owskiego MON i wicepremiera. Z jednej strony do końca życia z dumą nosił i przechowywał swój polski mundur, z drugiej – był jednak złowrogą twarzą dobijania zdziesiątkowanego po wojnie kraju. Za jego rządów rozpoczęła się pełnoskalowa sowietyzacja armii – wyrzucano, mniej lub bardziej cywilizowanymi metodami, żołnierzy Września i PSZ na Zachodzie, wielu zasłużonych oficerów jak choćby gen Stanisław Skalski, którzy po wojnie próbowali w tamtych trudnych realiach jakoś mimo wszystko ocalić w kraju ile się da, zostało skazanych w sfingowanych procesach. Ograniczano do minimum odrębności od Armii Radzieckiej, inną dotychczas (mniej prymitywno-brutalną) filozofię stosunków w armii, szkolenia żołnierza i kształtowania jego morale. Rola Rokossowskiego pozostaje tutaj niejasna: na pewno miał ograniczone pole manewru, był „pilnowany” i musiał akceptować zasadnicze kierunki działania. Jego zasługą jest zmotoryzowanie LWP, zabiegał też o nowoczesne uzbrojenie i możliwą poprawę warunków funkcjonowania armii – jednak wpisywało się to i tak w ówczesną politykę zbrojeń. Znanych jest wiele przypadków osobistych interwencji szefa MON na rzecz odsuwanych i zagrożonych oficerów, wprowadził też zasadę, że na aresztowanie oficera musi wydać zgodę jego przełożony (co oczywiście nie na wiele się zdało). Na pewno był przeciwny internacjonalistycznemu odłamowi partii komunistycznej w Polsce, często nazywanemu złośliwie „Żydami”. Starał się też, w miarę możności odchyłu od „linii”, odsuwać oficerów radzieckich i zastępować ich Polakami. Była to jednak kropla w czerwonym oceanie. O ile te przykłady pokazują kiedy wychodził z niego Polak, to komunista na pewno wyszedł z niego w czerwcu 1956 roku.

Wiele jest relacji o jego serdecznym stosunku do spotykanych w Sojuzie Polaków, trochę analogicznym do tego, jaki przypisywano Dzierżyńskiemu. Do końca życia oburzał się też, gdy „ludowi” oficerowie jak gen Jaruzelski mówili do niego po rosyjsku: przecież jestem Polakiem, tak jak wy – odpowiadał nie bez pewnej (trochę przewrotnej) racji. Co sam Rokossowski myślał na ten temat, to chyba najtrudniej powiedzieć. Przy jedynej możliwej w radzieckich realiach postawie, zgodnie z którą jedno się myślało, drugie mówiło, a trzecie robiło – żadnemu jego słowu nie można ufać do końca. Do Polski się przyznawał, jednak (chyba) ze względów bezpieczeństwa zmienił sobie oficjalne miejsce urodzenia na Wielkie Łuki, a otczestwo na Konstantynowicz. Gen. Cymbarewiczowi, wyjeżdżając w 1956 roku w Sojuz, mówił o „ironii służby”: w Rosji ja był Polakiem, a w Polsce Ruskim. Na pewno też z tą „służbą” się przez całe życie godził, a ze Związkiem Radzieckim również identyfikował. Pozostaje niezwykłym, a jednocześnie typowym przykładem skomplikowanych losów polskich XIX i XX wieku. Sprawia też wrażenie człowieka zagubionego w ich labiryncie i jako taki powinien chyba znaleźć u nas godne upamiętnienie obok wielu Polaków tułających się po rosyjskim Imperium. Polska straciła w jego osobie wybitną postać, jednak – i to jest chyba największy paradoks polsko-rosyjskiej historii – gdyby wrócił do Polski, odegrałby najwyżej rolę gen. Kutrzeby, Maczka czy Andersa. W armii sowieckiej ten sam Rokossowski stał się jednym z najsłynniejszych dowódców wojny.

Jędrzej Stanisław Pliszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

error: Jeśli jesteś zainteresowany/a naszym tekstem lub zdjęciem odezwij się pod email: duchwschodu@gmail.com